Wyobraźcie sobie Mezopotamię sprzed blisko czterech tysięcy lat: kurz, upał i miasto, które dopiero uczy się, jak nie rozpaść się pod ciężarem własnego chaosu. W samym środku tego świata król Hammurabi tworzy coś, co przypomina pierwszy wielki algorytm społeczny. Jego kodeks kojarzy się dziś głównie z zasadą „oko za oko”, ale naprawdę był czymś więcej: próbą zamienienia kaprysu rządzących w jasne, zapisane reguły.

Prawo przestało być płynne i zależne od humoru możnych, a stało się zasadami wyrytymi w kamieniu, dostępnymi i obowiązującymi wszystkich. Jednocześnie ten system był bezlitosny. Jeśli chirurg uratował oko możnego pana, dostawał wysoką zapłatę. Jeśli zawiódł - tracił dłoń. Jeśli budowniczy postawił dom tak, że ten runął i zabił właściciela, sam płacił życiem. Okazuje się, że odpowiedzialność zawodowa nie jest wcale nowym wynalazkiem :)

W tym surowym świecie pojawia się też zalążek ochrony słabszych. Kobiety pozostawały pod władzą ojców i mężów, ale prawo dawało im pewne zabezpieczenia. Małżeństwo wymagało kontraktu, kobieta mogła odejść od męża, jeśli ją zaniedbywał lub fałszywie oskarżał, a wdowa miała prawo zostać w domu i zarządzać majątkiem dla dobra dzieci. To nie była równość, ale też nie całkowita bezbronność.

Kodeks próbował też chronić społeczeństwo przed fałszywymi oskarżeniami. Sam zarzut nie wystarczał. Jeśli ktoś oskarżał bez dowodów, sam popadał w poważne kłopoty: sprawiedliwość wymagała choćby zalążka tego, co dziś nazwalibyśmy odpowiedzialnością za słowo.

Kodeks Hammurabiego to moment, w którym ludzkość zaczyna rozumieć, że społeczeństwo nie utrzyma się bez zasad, przewidywalności i odpowiedzialności. W bazalcie wyryto więc pismem klinowym nie tylko strach, ale także pierwszą próbę zorganizowania wspólnego życia tak, by nikt nie był całkiem bezkarny i nikt nie był całkiem zdany na cudzą łaskę.